Gwatemala

Gwatemala

Dzisiaj nocowaliśmy w mieście Quetzaltenango w Gwatemali. Wczoraj po udanym odpoczynku w Hondurasie udaliśmy się na granicę. Formalności trwały trochę dłużej – 3 godziny. I to nie stanie w kolejce, tylko papierki, ksero, znowu ksero. W końcu pojechaliśmy, wybraliśmy drogę południową, na północy byliśmy w 2014 r. Droga taka sobie, budują autostradę do stolicy, co chwila koparki, spychacze i korki. I to wszystko trzeba wyprzedzać, omijać z prawej, lewej jak się da. Dojeżdżamy do stolicy (Gwatemala), jemy co nieco i mówimy sobie: „No, to do boju”. Miasto-moloch, chyba najgorsze do przejechania do tej pory. Może to przez porę dnia, akurat wszyscy wracali z pracy i szkoły. Przebijanie się zajęło nam 2 godziny. Najgorsze były autobusy – takie jak w USA, które wożą dzieciaki do szkoły, z tą różnicą, że te mają ok. 30 lat i kopcą jak… Co chwila zatrzymują się tam, gdzie popadnie, ludzie wskakują lub wyskakują i dalej pełen ogień (a jadą szybciej od osobówek). Miasto – brr. Przed 20:00 docieramy do fajnego miasta Quetzaltenango, które leży u podnóża czynnych wulkanów. Jest dość chłodno, wysokość 2300 m n.p.m., szybko do hotelu i lulu. Dzisiaj rano idziemy na śniadanko i zrobić kilka fotek.

2 godziny drogi stąd jest miasto Chichicastenango, o którym pisał Wojciech Cejrowski (jest tam największy targ i dziwny kościół katolicki, w którym szamani mogą przez parę godzin odprawiać swoje modły).

Ciąg dalszy nastąpi.