Meksyk

Meksyk

Do Puerto Vallarta wjechaliśmy od południowej strony – starej części miasta. Pełno hotelików starszej daty, wzdłuż plaży deptak, knajpki, hotele, w których większość gości to Amerykanie. W większości restauracji trzeba wcześniej zamówić stolik, oczywiście tam gdzie dają smacznie zjeść. Przed niektórymi stoją kolejki ludzi i czekają, aż ktoś zwolni miejsce. Trochę to głupio wygląda: ty sobie spokojnie jesz, a za plecami masz chmarę ludzi, która zagląda ci w talerz. Wszędzie dookoła słyszysz Amerykanów.
Tak wygląda stara część miasta, ale jadąc dalej na północ zaczyna się nowa, a tu – jak w Kalifornii. Ulice po trzy pasy w jedna stronę, potężne hotele, wielkie centra handlowe, salony itp. W porcie stoją wielkie wycieczkowce, którymi przypływa kilka tysięcy ludzi. Jednym słowem: wszystko, co amerykański turysta sobie zażyczy, znajdzie tutaj. Plaże mają naprawdę piękne, jest bardzo czysto, drogi bez korków, reszta – rzecz gustu.
Jedziemy na północ wzdłuż oceanu, droga jest fajna, kręta, co chwilę zmienia się krajobraz. I, co najważniejsze, to zapach magii. Jadę z otwartą szybą w okularach przeciwsłonecznych, żeby czuć te wszystkie zapachy, temperatura powyżej 30 st. C. Pobocza drogi wykoszone, posprzątane, nie ma walających się plastikowych butelek. I tak jest do miasta portowego Mazatlán – byliśmy tu prawie cztery lata temu. Miasto nie do poznania, setka hoteli wysokich na kilkadziesiąt pięter, centra handlowe, pełno resortów oferujących Amerykanom apartamenty na sprzedaż – i to wszystko nad samym oceanem. Więc Amerykanów jest tu pełno, średnia wieku 60+. Emerytowi dużo lepiej jest żyć tu, niż w USA. Ma zawsze piękną pogodę, plaże, owoce i warzywa przez cały rok. Miasto słynie ze smacznych sałatek z krewetek i koktajli alkoholowych przyrządzanych na rożny sposób. Krótko mówiąc: raj dla emerytów. 

My nie zostajemy, jedziemy 100 km dalej, nocujemy w małej mieścinie z dala od autostrady i bez Amerykanów. W czwartek rano ruszamy dalej w stronę granicy z Arizoną, droga zrobiła się monotonna, płaska. Po lewej i prawej stronie drogi kukurydza, kukurydza i jeszcze raz kukurydza. Tu króluje przemysł farmerski, tysiące hektarów upraw, setki silosów suszarni. Nie przypomina to prawdziwego Meksyku, raczej USA. Wcześniej jechaliśmy 1200 km Półwyspem Kalifornijskim (Baja), a dalej promem do Mazatlánu – było duuuuużo ładniej. No, chyba, że ktoś chce odwiedzić piękny Miedziany Kanion Barranca del Cobre – 50-kilometrowy wąwóz, wysokość dochodzi do 1400 metrów, jest głębszy nawet od Wielkiego Kanionu. Miedziany Kanion jest jednym z sześciu oddzielnych wąwozów, które powstały w wyniku działania kilku rzek. Wąwóz można podziwiać jedynie jadąc specjalnym pociągiem, a podróż trwa kilka dni, wysiadasz, nocujesz i jedziesz dalej.

Mamy już za mało czasu, zostało nam 1380 km do San Diego. Prawdopodobnie w niedzielę przekroczymy granicę.

Pozdrowienia dla wszystkich.

Ciąg dalszy nastąpi.